“Pixie” Barnaby Thompsona – szaleństwo (odrobinę) kontrolowane

Dobra komedia kryminalna powinna się osadzać przede wszystkim na udanym scenariuszu – bo to przecież właśnie opowiadana historia ma przyciągać uwagę widza i pozostać mu w głowie po zakończonym seansie. Twórcy filmowych obrazów prześcigają się zatem w kreowaniu coraz bardziej nietuzinkowych czy wręcz zwariowanych światów. Jak poradził sobie z tym rodzinny duet Thompsonów, odpowiedzialny za Pixie?

tablet photo

Irlandia, jakiej nie znacie ukazana w filmie “Prixie”

Barnaby Thompson odnosił swoje największe sukcesy reżyserskie w pierwszej połowie lat 90. XX wieku – wtedy to nakręcił kilka kasowych komedii dla nastolatków, takich jak Świat Wayne’a czy Stożkogłowi. Jego późniejsze produkcje nie spotykały się już przeważnie z aż tak entuzjastycznym odzewem ze strony widzów, co nie oznacza, że nie są warte zainteresowania. Chwilę uwagi można z pewnością poświęcić ostatniemu obrazowi Thompsona, czyli Pixie z 2020 roku. Rolę scenarzysty powierzono tutaj synowi reżysera, Prestonowi, który miał już wcześniej za sobą bogate doświadczenia w filmowym świecie (zdarzało mu się bowiem stawać po obu stronach kamery). Jaki jest skutek owej rodzinnej współpracy?

Pixie to obraz osadzony we współczesnej Irlandii, choć zaprezentowanej nam od bardzo nietypowej strony. Pośród pięknych wyspiarskich krajobrazów grasują gangi złożone z byłych i aktualnych księży, widywanych znacznie częściej z karabinami maszynowymi niż z różańcem. Wszystko to dzieje się na sennej prowincji, czyli tam, gdzie – teoretycznie – nic złowieszczego zdarzać się z reguły nie powinno.

Tytułowa Pixie O’Brien (Olivia Cooke) jest młodą, atrakcyjną i skrajnie egocentryczną kobietą, pogrążoną w żałobie po śmierci matki. Pani O’Brien została zamordowana w niewyjaśnionych okolicznościach, ale jej zaradna córka zdołała poznać tożsamość zabójcy. Dzięki misternie uknutej intrydze nawiązuje z nim teraz romans oraz namawia go, aby ukradł dla niej dużą sumę pieniędzy należących do lokalnego gangu duchownych. Colin (Rory Fleck Byrne) bez wahania przystaje na tę prośbę, nie wiedząc, że Pixie zdążyła już postawić na jego życiu krzyżyk.

To, co dzieje się dalej, jest zwariowaną plątaniną wątków i motywów znanych nam z wielu wcześniejszych filmów kryminalnych. Bohaterowie popełniają morderstwa, a chwilę później sami padają trupem; linearność fabuły zostaje wielokrotnie zaburzona, co sprawia, że sami musimy rozwiązywać zagadki podsuwane nam przez reżysera i scenarzystę. Całość Pixie została zaś uatrakcyjniona kaskadą dowcipnych (choć zarazem często niecenzuralnych) dialogów, które idealnie współgrają z zawrotnym tempem akcji.

Czy Pixie Barnaby Thompsona jest produkcją wartą obejrzenia? Na pewno tak, o ile mamy ochotę na kilkadziesiąt minut lekkiej rozrywki bez głębszych intelektualnych zobowiązań. Nawet jeśli ten film nie pozostanie w naszych głowach zbyt długo (ponieważ jego gatunkowa zależność od wielu podobnych produkcji mocno rzuca się w oczy), w czasie samego oglądania raczej nie powinniśmy się nudzić. A właśnie ucieczki przed nudą szuka się przecież często w trakcie leniwych, weekendowych wieczorów.